Szukaj

Zaloguj

Zaloguj się

Jesteś nowym klientem?

Zarejestruj się

Szukaj

Zaloguj

Zaloguj się

Jesteś nowym klientem?

Zarejestruj się
Strona Główna/Artykuły/Powolna śmierć segmentu A? Te małe auta kupisz jeszcze w salonach

FIRMOWA MOBILNOŚĆ

Powolna śmierć segmentu A? Te małe auta kupisz jeszcze w salonach

Dekadę temu wizyta w salonie niemal każdej popularnej marki motoryzacyjnej gwarantowała możliwość wyboru małego, zwinnego i, co najważniejsze, taniego samochodu miejskiego. Dzisiaj, wchodząc do dealera Volkswagena, Forda czy Skody z zamiarem zakupu filigranowego pojazdu do dojazdów do pracy, zderzymy się z murem.


Data publikacji: 01.07.2026

Data aktualizacji: 01.07.2026

Podziel się:

Mężczyzna z brodą prowadzący mały, czarny samochód miejski na ulicy. Zmiany na rynku motoryzacyjnym sprawiają, że segment A przechodzi transformację.
Rynek małych samochodów miejskich z segmentu A przechodzi drastyczną transformację ze względu na nowe regulacje i koszty. Źródło: Magnific Premium
Spis treści:

Kultowy Volkswagen up! czy niezwykle popularna w Polsce Skoda Citigo to już wyłącznie pieśń rynku wtórnego, a Ford nie tylko dawno temu uśmiercił serię Ka, ale też zrezygnował z produkcji o klasę większej Fiesty. Jesteśmy świadkami największego kryzysu segmentu A w historii nowożytnej motoryzacji.

To brutalna weryfikacja portfolio, która sprawiła, że próg wejścia w posiadanie nowego auta drastycznie wzrósł. Analiza cenników z ostatnich lat bezlitośnie obnaża tę sytuację: jeszcze w 2018 roku bazowe wersje aut miejskich można było kupić za około 35-40 tysięcy złotych, podczas gdy obecnie przekroczenie bariery 65-70 tysięcy złotych za najgorzej wyposażony model stało się rynkowym standardem.

Dlaczego segment A musiał się skurczyć?

Aby w pełni zrozumieć, dlaczego klasyczne, budżetowe auta miejskie znikają z horyzontu, musimy zajrzeć za kulisy branży motoryzacyjnej, gdzie od lat trwa zacięta walka między inżynierami a księgowymi. Tradycyjny model biznesowy w segmencie A opierał się na dużym wolumenie sprzedaży przy absolutnie minimalnej marży. Według szacunków analityków rynkowych zysk producenta na jednym małym, spalinowym samochodzie nierzadko wahał się w granicach od zaledwie dwóch do czterech procent. Gdy auto kosztowało w salonie pięćdziesiąt tysięcy złotych, dawało to zaledwie kilkaset euro czystego zarobku na sztuce.


Wdrożenie dyrektywy GSR2, wymagającej integracji zaawansowanych systemów wsparcia kierowcy, podniosło koszty wyprodukowania jednego egzemplarza o średnio tysiąc do dwóch tysięcy euro. Gdy dodamy do tego konieczność dostosowania małych silników do rygorystycznych norm emisji spalin, gdzie przekroczenie limitów emisji dwutlenku węgla wiąże się z karą wynoszącą dziewięćdziesiąt pięć euro za każdy nadmiarowy gram, rachunek ekonomiczny staje się bezlitosny.


Ten kruchy ekosystem został całkowicie zdemolowany przez unijne regulacje. Wdrożenie dyrektywy GSR2, wymagającej integracji zaawansowanych systemów wsparcia kierowcy, podniosło koszty wyprodukowania jednego egzemplarza o średnio tysiąc do dwóch tysięcy euro. Gdy dodamy do tego konieczność dostosowania małych silników do rygorystycznych norm emisji spalin, gdzie przekroczenie limitów emisji dwutlenku węgla wiąże się z karą wynoszącą dziewięćdziesiąt pięć euro za każdy nadmiarowy gram, rachunek ekonomiczny staje się bezlitosny. Producentom zwyczajnie przestało opłacać się sprzedawanie małych aut po starych cenach, a przeniesienie pełnych kosztów homologacyjnych na klienta sprawiło, że auta miejskie cenowo zaczęły niebezpiecznie zbliżać się do znacznie bardziej uniwersalnych aut kompaktowych.

Crossoveryzacja – zapatrzeni w wyższy prześwit

Ekonomia i legislacja to jednak tylko jedna strona medalu, ponieważ ogromna wina za transformację najmniejszych samochodów leży również po stronie samych konsumentów i zmian w ich gustach. Obserwujemy zjawisko crossoveryzacji europejskiego rynku motoryzacyjnego. Jak pokazują dane z rynku, samochody ze zwiększonym prześwitem i wyższą pozycją za kierownicą zagarnęły grubo ponad pięćdziesiąt procent udziałów w całkowitej sprzedaży nowych aut w Europie. Kierowcy, nawet ci poruszający się wyłącznie po gładkich, miejskich arteriach, pokochali poczucie bezpieczeństwa i lepszą widoczność, jaką daje wyżej zawieszone nadwozie.

Producenci bardzo szybko dostrzegli, że klienci są skłonni zapłacić od piętnastu do nawet dwudziestu procent więcej za samochód, który z wyglądu przypomina muskularnego SUV-a, nawet jeśli technicznie opiera się na podzespołach zwykłego miejskiego hatchbacka. Zamiast więc walczyć o klienta klasycznymi, pudełkowatymi sylwetkami, marki zaczęły podnosić swoje najmniejsze modele, dodawać do nich plastikowe nakładki na nadkola i sprzedawać je z wyższą marżą. Zjawisko to sprawiło, że tradycyjne, niskie auta zostały wyparte przez modne mikro-crossovery, które lepiej rezonują z oczekiwaniami współczesnego, wielkomiejskiego nabywcy, gotowego dopłacić za atrakcyjny, nieco uterenowiony design.


W pełni elektryczne samochody miejskie stały się paradoksalnie produktami niszowymi, celującymi często w klienta poszukującego lifestylowego gadżetu, a nie taniego w eksploatacji auta. Branża znalazła się w punkcie zwrotnym, w którym z jednej strony powrót do benzyny jest prawnie blokowany, a z drugiej strony tanie auta na prąd wciąż zmagają się z wysokimi kosztami technologii akumulatorowych.


Elektryfikacja – gorzka pigułka do przełknięcia

Wydawać by się mogło, że odpowiedzią na bolączki segmentu A jest elektryfikacja, bo przecież środowisko miejskie to naturalne środowisko dla samochodów zasilanych prądem. Krótkie dystanse, częste hamowanie odzyskujące energię i brak problemów z zimnym, niedogrzanym silnikiem spalinowym powinny dawać wyraźną przewagę. W praktyce jednak przejście na bezemisyjność zderzyło się z murem w postaci cen surowców.

Choć średni koszt wyprodukowania jednej kilowatogodziny pojemności akumulatora trakcyjnego spada i w połowie tej dekady ustabilizował się w okolicach stu do stu dwudziestu dolarów, to jednak wyposażenie małego auta nawet w skromną baterię o pojemności około trzydziestu kilowatogodzin podnosi koszt samej produkcji o kilka tysięcy dolarów. W efekcie w pełni elektryczne samochody miejskie stały się paradoksalnie produktami niszowymi, celującymi często w klienta poszukującego lifestylowego gadżetu, a nie taniego w eksploatacji auta. Branża znalazła się w punkcie zwrotnym, w którym z jednej strony powrót do benzyny jest prawnie blokowany, a z drugiej strony tanie auta na prąd wciąż zmagają się z wysokimi kosztami technologii akumulatorowych. To właśnie ta rynkowa próżnia ukształtowała obecny krajobraz segmentu A, w którym przetrwali wyłącznie gracze potrafiący zaoferować coś więcej niż tylko cztery koła i kierownicę w najniższej możliwej cenie.

Przegląd rynku – te auta z segmentu A kupisz jeszcze w salonie

Skoro wiemy już, dlaczego z rynku zniknęło tak wiele kultowych modeli, warto przyjrzeć się temu, co dokładnie na nim pozostało. W połowie 2026 roku polski klient, dysponujący budżetem w przedziale od siedemdziesięciu do niespełna stu tysięcy złotych, staje przed mocno ograniczonym wyborem. Producenci, którzy zdecydowali się pozostać w segmencie A, obrali zupełnie różne strategie przetrwania. Jedni postawili na modny wygląd i zwiększony prześwit, drudzy zaryzykowali pełną elektryfikację, a jeszcze inni uznali, że najlepszą drogą jest po prostu powrót do korzeni, czyli zaoferowanie maksymalnie praktycznego wnętrza ubranego w tradycyjną, sprawdzoną technologię spalinową. To właśnie tę ostatnią grupę weźmiemy pod lupę w pierwszej kolejności, ponieważ to ona jest duchowym spadkobiercą dawnych, budżetowych pojazdów miejskich.

Koreański pragmatyzm w natarciu

Hyundai i10

Gdy europejscy giganci zwijali żagle, koncern Hyundai-Kia konsekwentnie modernizował swoje najmniejsze pojazdy, udowadniając, że przy odpowiedniej skali produkcji wciąż można zaoferować klasyczne spalinowe auto do miasta. Głównym filarem tej staroszkolnej filozofii jest Hyundai i10. To samochód, który wbrew rynkowym modom nie udaje terenówki, lecz skupia się na maksymalnym wykorzystaniu dostępnej przestrzeni. Przy długości wynoszącej dokładnie 3,67 metra oraz średnicy zawracania na poziomie 9,6 metra auto z łatwością deklasuje większość kompaktów podczas parkowania równoległego w zatłoczonym centrum. Co niezwykle rzadkie w dzisiejszym segmencie A, w zależności od wybranej wersji wyposażenia, koreański maluch może pochwalić się pełnoprawną pięciomiejscową homologacją, a jego bagażnik oferuje bardzo solidne 252 litry pojemności.

Zaglądając do cenników w 2026 roku, zauważymy, że próg wejścia w posiadanie modelu i10 w wersji bazowej wynosi około 69 300 złotych z uwzględnieniem rabatów u dealerów (lub regularne 72 300 złotych). Największym atutem modelu pozostaje jednak to, co kryje się pod maską: znajdziemy tam tradycyjne, wolnossące jednostki z wtryskiem wielopunktowym (MPI) o pojemnościach 1.0 lub 1.2 litra, a dla poszukujących dynamiki przewidziano wersję z turbodoładowanym silnikiem 1.0 T-GDI. Próżno tu szukać skomplikowanych i drogich w serwisowaniu układów hybrydowych.

Kia Picanto

Technologicznym bratem bliźniakiem Hyundaia jest oczywiście Kia Picanto, która dzieli z nim większość rozwiązań inżynieryjnych, ale trafia w gusta zupełnie innej grupy docelowej. Po ostatnim faceliftingu Picanto zyskało bardzo agresywny i awangardowy pas przedni, którego ostre linie z premedytacją nawiązują do największych, elektrycznych flagowców tej marki, takich jak model EV9. Za ten bezkompromisowy design zapłacimy w polskim salonie równe 72 000 złotych za bazową wersję L z silnikiem o mocy 68 koni mechanicznych. Przestrzeń ładunkowa Kii jest zbliżona do bliźniaczego Hyundaia i wynosi 255 litrów, co w zupełności wystarczy na duże zakupy na cały tydzień. Manewrowanie również ułatwia podobna fizyka – długość poniżej 3,6 metra i średnica zawracania nieprzekraczająca 9,8 metra to gwarancja zwinności.

Kia Picanto przyciąga do siebie klientów nie tylko drapieżnym wyglądem, ale przede wszystkim polityką serwisową, oferując w standardzie słynną siedmioletnią gwarancję z limitem przebiegu do 150 tysięcy kilometrów. Co ważne, oba koreańskie modele oferują wybór między klasyczną przekładnią manualną a automatyzowaną (tzw. AMT), co w ruchu typowo miejskim stanowi argument często przesądzający o zakupie.

Modne mikro-crossovery w segmencie A

Dla ogromnej rzeszy współczesnych konsumentów pragmatyzm i funkcjonalność zeszły na dalszy plan, ustępując miejsca potrzebie wyróżnienia się z tłumu i poczuciu podwyższonego bezpieczeństwa. To właśnie na tej kanwie wyrósł podsegment miejskich mikro-crossoverów, stanowiący bezpośrednią odpowiedź na globalny szał związany z nadwoziami typu SUV.

Klienci wymusili na producentach stworzenie pojazdów, które z jednej strony zmieszczą się w każdej luce parkingowej, a z drugiej pozwolą kierowcy spoglądać na drogę z nieco wyższego pułapu. W ten sposób narodziły się samochody, które garściami czerpią z estetyki samochodów terenowych, zachowując przy tym niewielkie gabaryty.

Toyota Aygo X

Królową tego designerskiego nurtu jest bez wątpienia Toyota Aygo X. Japoński gigant motoryzacyjny podjął niezwykle odważną decyzję, całkowicie uśmiercając klasyczne, płaskie nadwozie poprzedniej generacji na rzecz muskularnej, napompowanej sylwetki crossovera. Auto zostało oparte na skróconej platformie technologicznej większego modelu Yaris, co zaowocowało rewelacyjnymi właściwościami jezdnymi oraz długością wynoszącą równo 3,70 metra. Mimo masywniejszego wyglądu i dodanych nakładek na nadkola, Aygo X pozostaje wybitnym mieszczuchem, mogącym pochwalić się średnicą zawracania na poziomie imponujących 9,4 metra.

Choć czteroosobowa kabina z tyłu bywa nieco klaustrofobiczna, a bagażnik o pojemności 231 litrów wystarczy głównie na codzienne zakupy, to samochód ten punktuje czymś zupełnie innym: kulturą pracy w gęstym ruchu. Pod maską pracuje sprawdzony, wolnossący silnik o pojemności 1.0 litra, jednak prawdziwym rynkowym asem w rękawie Toyoty stała się dominacja bezstopniowych skrzyń biegów (CVT). Japończycy dopracowali technologię przekładni Multidrive S do tego stopnia, że kierowcy z ulgą rezygnują z tradycyjnych skrzyń manualnych. Brak szarpania przy ruszaniu, absolutna płynność przyspieszania w przedziale od zera do pięćdziesięciu kilometrów na godzinę i podniesiona o ponad centymetr pozycja za kierownicą sprawiają, że jazda w korkach staje się bezstresowa. Za bazową wersję tego lifestylowego wozidełka zapłacimy w salonie wyjściowo około 73 900 złotych, jednak bogato wyposażone warianty z automatem z łatwością windują tę kwotę powyżej osiemdziesięciu pięciu tysięcy.

Między elektryczną awangardą a staroszkolną inżynierią

W ostatniej grupie znajdziemy z jednej strony owoce najbardziej zaawansowanej transformacji energetycznej, z drugiej zaś ikony motoryzacyjnego konserwatyzmu. Producenci tych modeli zrozumieli, że w dobie drogich norm emisji spalin trzeba szukać ekstremalnych rozwiązań: albo uciec w pełną elektryfikację i sprzedawać styl życia, albo zredukować koszty do absolutnego minimum, oferując produkt maksymalnie uproszczony. Efektem tego rynkowego rozdarcia jest oferta, w której luksusowe gadżety na prąd dzielą przestrzeń salonową z autami do bólu spartańskimi.

Fiat Pandina

Włoski koncern Fiat, będący historycznym i niekwestionowanym królem europejskich aut miejskich, obrał strategię dwutorową. Z jednej strony oferuje dobrze znane, ulepszone konstrukcje bazujące na układach miękkiej hybrydy (Mild Hybrid), a z drugiej prężnie rozwija gamę całkowicie bezemisyjną. Doskonałym przykładem tej pierwszej ścieżki jest Fiat Pandina. Pod tą nową nazwą kryje się dobrze znana z europejskich dróg, klasyczna Panda, która została głęboko zmodernizowana, aby sprostać rygorystycznym unijnym wymogom bezpieczeństwa GSR2.

Samochód ten o długości 3,68 metra i z bagażnikiem o pojemności 225 litrów zyskał pełen pakiet systemów wsparcia kierowcy, zachowując pod maską prosty, litrowy silnik o mocy 70 koni mechanicznych. Ceny tego modelu startują z poziomu około 73 000 złotych, co pozwala marce utrzymać pozycję lidera wśród tanich aut flotowych.

Fiat 500e

Zupełnie inny, czysto lifestylowy charakter ma natomiast Fiat 500e. To już nie jest tanie auto, lecz designerski gadżet, który w pełni porzucił spalinowy rodowód na rzecz napędu elektrycznego. W zależności od wersji klient może wybrać mniejszy akumulator o pojemności 23,8 kWh (idealny wyłącznie do miasta, oferujący około 190 kilometrów realnego zasięgu) lub większą baterię 42 kWh, która pozwala osiągnąć w cyklu mieszanym WLTP do 320 kilometrów. Włosi stworzyli genialnie wyciszony, dynamiczny wóz o imponującej zwrotności wynoszącej 9,7 metra, za który jednak trzeba słono zapłacić. Wejście w posiadanie nowej Pięćsetki na prąd to w 2026 roku wydatek rzędu co najmniej 130 000 złotych, co dobitnie udowadnia, że zaawansowana elektromobilność w najmniejszym wydaniu stała się towarem luksusowym.

Dacia Spring

Odpowiedzią na te zaporowe kwoty jest z kolei rumuńsko-francuska propozycja, celująca w całkowitą demokratyzację napędów bezemisyjnych. Dacia Spring to samochód, który miał jedno, nadrzędne zadanie: zaoferować najtańszy bilet wstępu do świata pełnoprawnych aut elektrycznych. Mimo zastosowania baterii o skromnej pojemności 26,8 kWh, inżynierom udało się wykrzesać z modelu imponujący zasięg homologacyjny na poziomie 225 kilometrów.

Sekret tkwi w radykalnej kuracji odchudzającej – samochód waży zaledwie 984 kilogramy, co jest wynikiem bezprecedensowym we współczesnym świecie ciężkich elektryków. Spring jest przy tym zaskakująco pakowny. Jak na auto o długości 3,73 metra, bagażnik o pojemności aż 308 litrów to absolutny rekord i nokaut dla bezpośredniej konkurencji. Dacia udowadnia, że ekologia nie musi rujnować portfela, otwierając swój cennik już od rewelacyjnej jak na obecne realia kwoty 76 900 złotych. Dla firm carsharingowych i kurierów dostarczających paczki w ścisłych centrach miast, jest to obecnie jedyna opłacalna matematycznie alternatywa.

Segment A – rynkowa ściąga przed wizytą w salonie

W naszym zestawieniu redakcyjnie zdecydowaliśmy się zestawić długość nadwozia z pojemnością bagażnika, ponieważ to właśnie ten stosunek decyduje o ostatecznej użyteczności pojazdu – wskazuje, jak łatwo zmieścimy się w luce pod kamienicą oraz czy do wnętrza włożymy coś więcej niż tylko torbę z laptopem. Parametrem absolutnie kluczowym w codziennej walce o przetrwanie w betonowej dżungli jest średnica zawracania, stanowiąca najlepszy matematyczny miernik zwinności w ciasnych uliczkach.

Wskazanie rodzaju napędu pozwala z kolei błyskawicznie ocenić potencjalne koszty eksploatacji oraz charakterystykę jazdy, natomiast liczba miejsc to niezwykle istotny detal, o którym klienci często zapominają, błędnie zakładając, że każde auto przewiezie pięć osób. Całość zestawienia spina oczywiście cena bazowa, która dla odbiorców najmniejszych samochodów od zawsze stanowiła najostrzejsze kryterium weryfikujące sensowność całego zakupu.

ModelDługość/bagażnikŚrednica zawracaniaRodzaj napęduLiczba miejscCena od…
Hyundai i103,67 m / 252 litry9,6 mBenzyna (MPI / T-GDI)5ok. 69 300 zł
Kia Picanto3,60 m / 255 litrów9,8 mBenzyna (MPI)4 lub 5ok. 72 000 zł
Fiat Pandina3,68 m / 225 litrówok. 9,3 mMiękka hybryda (MHEV)4 lub 5ok. 73 000 zł
Toyota Aygo X3,70 m / 231 litrów9,4 mBenzyna (opcja CVT)4ok. 73 900 zł
Dacia Spring3,73 m / 308 litrów9,5 mElektryczny (BEV)4ok. 76 900 zł
Fiat 500e3,63 m / 185 litrów9,7 mElektryczny (BEV)4ok. 130 000 zł

Kogo bezpowrotnie pożegnaliśmy z polskich salonów w segmencie A?

Kurcząca się oferta aut fabrycznie nowych sprawiła, że rynek samochodów używanych stał się prawdziwą mekką dla osób poszukujących prostych, tanich i sprawdzonych pojazdów do miasta. Wiele konstrukcji, które jeszcze do niedawna dominowały w rankingach sprzedaży flotowej i prywatnej, padło ofiarą bezlitosnej polityki optymalizacji kosztów oraz norm emisji spalin.

Koncern VAG, czyli Volkswagen up!, Skoda Citigo oraz SEAT Mii

Historia tak zwanych „trojaczków z Bratysławy” to prawdopodobnie najważniejszy rozdział w dziejach nowożytnego segmentu A. Samochody te, dzielące wspólną platformę oraz prostą paletę silnikową opartą głównie na litrowych jednostkach benzynowych MPI, uchodziły za absolutny wzór zagospodarowania przestrzeni. Oferowały zaskakująco dużo miejsca dla czwórki pasażerów i znakomitą, niemal „dorosłą” charakterystykę prowadzenia, która w niczym nie przypominała rozklekotanych aut miejskich z początku wieku. Jako pierwsza z rynku zaczęła znikać Skoda Citigo, której warianty spalinowe wycofano z produkcji już w 2020 roku. Niemiecka centrala próbowała jeszcze ratować sytuację za pomocą odmian czysto elektrycznych (takich jak Citigo-e), jednak prawdziwym gwoździem do trumny całego projektu był rok 2023. Po dokładnie dwunastu latach rynkowej obecności z taśm montażowych zjechał wtedy ostatni Volkswagen up!, kończąc tym samym erę tanich mieszczuchów od Grupy Volkswagena. Dziś na rynku wtórnym egzemplarze te, szczególnie z niezawodnym silnikiem o mocy 60 lub 75 koni mechanicznych, trzymają ceny z uporem godnym aut klasy premium, udowadniając swój legendarny już status.

Renault Twingo trzeciej generacji

Trzecie wcielenie francuskiego klasyka było eksperymentem równie szalonym, co inżynieryjnie fascynującym. Koncern Renault, we współpracy z marką Smart, stworzył samochód zbudowany całkowicie wbrew ówczesnym trendom: z silnikiem umieszczonym z tyłu i napędem przenoszonym na tylną oś. Zabieg ten pozwolił na uwolnienie przestrzeni między przednimi kołami, co z kolei przełożyło się na fenomenalną zwrotność – Renault Twingo zawracało na przestrzeni niespełna dziewięciu metrów, zachowując się na parkingach niemal jak wózek sklepowy. Niestety, w 2024 roku, w samą dziesiątą rocznicę debiutu tego modelu, linie montażowe w słoweńskim zakładzie w Novo Mesto zatrzymały się na dobre. Z fabryki wyjechało łącznie niemal dokładnie 723 tysiące egzemplarzy, co czyni ten pojazd bardzo popularnym widokiem na europejskich rynkach wtórnych. Z perspektywy dzisiejszych realiów, w których czeka nas wyłącznie premiera nowej, w pełni elektrycznej i znacznie droższej odsłony Twingo, spalinowe egzemplarze z doładowanym silnikiem 0.9 TCe stają się poszukiwanym rarytasem dla kierowców ceniących nieszablonowe rozwiązania techniczne.

Francuscy bracia z fabryki w Kolinie: Peugeot 108 i Citroën C1

Zanim Toyota rozpoczęła samotną produkcję uterenowionego modelu Aygo X, dzieliła fabrykę w czeskim Kolinie z francuskim koncernem PSA. Wynikiem tej współpracy były niezwykle proste, ascetyczne wręcz Peugeot 108 oraz Citroën C1. Samochody te napędzały trzycylindrowe, pancerne silniki o pojemności 1.0 lub 1.2 litra. Recepta na sukces opierała się tu na maksymalnej redukcji wagi (często poniżej 900 kilogramów) oraz braku skomplikowanej elektroniki pokładowej, co gwarantowało wieloletnią bezawaryjność. Niestety, w obliczu braku opłacalności finansowej wynikającej z nowych norm narzucanych przez Unię Europejską, koncern Stellantis (powstały z fuzji PSA i FCA) uznał, że dalsza rywalizacja w najniższym segmencie jest bezzasadna. Produkcję obu francuskich maluchów ostatecznie wygaszono na przełomie 2021 i 2022 roku, zostawiając klientów flotowych oraz kierowców prywatnych bez taniej, miejskiej alternatywy ze strony tych marek.

Ford Ka oraz Ka+

Klasyczny Ford Ka drugiej generacji zjeżdżał z taśm produkcyjnych tyskiej fabryki razem z Fiatem 500, będąc do bólu sprawdzonym wyborem. Próba zastąpienia tego kultowego, trzydrzwiowego modelu przez o wiele bardziej budżetowy, importowany z Indii model Ford Ka+, okazała się rynkowym strzałem w stopę. Choć auto oferowało ogromną ilość miejsca i pięciodrzwiowe nadwozie w rewelacyjnej cenie, to gwałtowne zaostrzenie norm emisji spalin doprowadziło do absurdalnej sytuacji finansowej producenta. W 2019 roku, po niespełna trzech latach oferowania modelu Ka+ na Starym Kontynencie, Ford całkowicie usunął ten samochód z europejskiego rynku, otwarcie przyznając, że dostosowanie tanich, wolnossących silników z krajów rozwijających się do nowych limitów środowiskowych po prostu przerosło markę.

 


Segment A w Polsce – podsumowanie

Segment A przeszedł w ostatnich latach bolesną transformację, kurcząc się drastycznie pod presją rygorystycznych unijnych norm bezpieczeństwa oraz wszechobecnej mody na crossovery. Choć z salonów bezpowrotnie zniknęło wielu dawnych liderów, polski rynek wciąż oferuje garstkę modeli, które pozostają niezrównane w codziennej walce o ciasne miejsca parkingowe. Współczesna oferta uległa jednak wyraźnej polaryzacji, rozrywając klasę miejską między spartańskie, staroszkolne spalinowce o tradycyjnej konstrukcji a zaawansowane technologicznie, znacznie droższe pojazdy zelektryfikowane. Wybór miejskiego pojazdu nie opiera się już dziś na poszukiwaniu najtańszego wariantu w cenniku, lecz na precyzyjnym dopasowaniu rodzaju napędu i funkcjonalności wnętrza do charakteru naszych dojazdów. Mimo stale rosnącego progu wejścia unikalnej zwinności i geometrii małego auta nie da się łatwo zastąpić nawet najbardziej nowoczesnym, potężnym SUV-em.

Redakcja „SMART Business”

Magazyn branżowy
Wydawnictwo SMART Media

Misją „SMART Business” jest opowiedzenie Ci bardzo konkretnej historii… Historii o liderach i o tym, jak stać się jednym z nich. Historii o pieniądzach i o tym, jak je zarabiać oraz nimi zarządzać. Historii o stylu życia nastawionym na rozwój i generowanie wartości. Historii o budowaniu relacji zarówno z partnerami biznesowymi, jak i członkami własnego zespołu.

Zobacz również

Zbliżenie na tylne światła niebieskiego samochodu zaparkowanego na ulicy, w tle widać inny pojazd. Weryfikacja historii pojazdu to kluczowy krok przed zakupem auta używanego.
Przeczytaj