ROZWÓJ FIRMY
Koniec złotej ery podwykonawców. Jak polskie firmy mogą budować globalne marki?
Kiedy czytamy oficjalne raporty, mamy pełne prawo pękać z dumy. Jesteśmy 21. gospodarką eksportową świata. Co roku 135 tysięcy polskich firm generuje za granicą obrót rzędu 350 miliardów euro. Na papierze wyglądamy jak potęga, a eksporterów traktuje się u nas jak absolutną elitę biznesu. Jednak jako praktyk, który od piętnastu lat na co dzień pracuje z zarządami nad strategiami ekspansji, muszę wbić w ten balonik szpilkę. Za tymi imponującymi statystykami kryje się brutalny paradoks.
Data publikacji: 15.07.2026
Data aktualizacji: 15.07.2026
Podziel się:

Spójrzmy na strukturę tego sukcesu. Ponad połowa wspomnianego wolumenu to zasługa firm z kapitałem zagranicznym. Co więcej, niemal 80 procent polskiego eksportu trafia na rynki Unii Europejskiej. Co to oznacza w praktyce biznesowej? Że w zdecydowanej większości przypadków wcale nie jesteśmy kreatorami wartości. Jesteśmy genialnymi, pracowitymi i świetnie zorganizowanymi, ale jednak tylko wykonawcami cudzych strategii. Tkwimy w środku łańcucha dostaw, pompując zyski zachodnich koncernów, podczas gdy prawdziwe centra decyzyjne – a wraz z nimi najwyższe marże – znajdują się daleko poza granicami Polski.
Jesteśmy genialnymi, pracowitymi i świetnie zorganizowanymi, ale jednak tylko wykonawcami cudzych strategii. Tkwimy w środku łańcucha dostaw, pompując zyski zachodnich koncernów, podczas gdy prawdziwe centra decyzyjne – a wraz z nimi najwyższe marże – znajdują się daleko poza granicami Polski.
Śmierć starego modelu
Musimy spojrzeć prawdzie w oczy – model biznesowy, który przez ostatnie trzy dekady napędzał nasz wzrost, właśnie się wyczerpał. Historycznie nasza przewaga opierała się na trzech filarach. Były to integracja z unijnym rynkiem, kroplówka z dotacji i inwestycji zagranicznych oraz – nie oszukujmy się – tania siła robocza i tania energia.
Dziś z tego równania została nam tylko obecność w Unii Europejskiej. Skończył się czas taniej Polski. Kapitał zagraniczny, który szuka wyłącznie optymalizacji kosztowej, bez sentymentów odpływa do Rumunii czy państw azjatyckich. Do tego dochodzi potężne trzęsienie ziemi w makrootoczeniu. Wojna w Ukrainie brutalnie odcięła nas od rynków wschodnich, a konflikty na Bliskim Wschodzie w każdej chwili mogą ponownie zdemolować logistykę. W czasach reshoringu i przenoszenia produkcji bliżej rynków zbytu europejskie firmy same borykają się z utratą konkurencyjności.
To wszystko sprawia, że eksport nie może być już traktowany w firmie jako przyjemny „dodatek” do sprzedaży krajowej, obsługiwany z doskoku przez jednego handlowca. Jak w takim razie przejść z pozycji dostawcy do roli gracza na międzynarodowej szachownicy? Przede wszystkim – przestać zaczynać od końca.
Grzech pierworodny polskich prezesów
Standardowy scenariusz w polskiej firmie wygląda tak: zarząd decyduje się na eksport, więc natychmiast wysyła ekipę na zagraniczne targi albo misję gospodarczą. Firma jedzie szukać klientów, wydaje dziesiątki tysięcy euro na stoisko i wraca z pustymi rękami. Frustracja rośnie, budżet płonie, a na korytarzach słychać, że „ten eksport u nas po prostu nie działa”.
Nie działa, bo pominięto fundamenty. Ekspansja to nie jest wydarzenie. To proces, który w ITRO Export Solutions ujęliśmy w rygorystyczny 12-krokowy model. Wyjazd na targi to na tej mapie drogowej dopiero krok jedenasty! Wcześniej zarząd musi wykonać tytaniczną pracę analityczną. Należy sprawdzić własną gotowość operacyjną. Trzeba wybrać rynek w oparciu o twarde dane celne, a nie intuicję. Musimy też bezlitośnie prześwietlić bariery celno-prawne, zrozumieć różnice kulturowe i przeprofilować ofertę pod zagranicznego odbiorcę. Na samym końcu tego procesu, tuż za targami, czeka krok dwunasty, w Polsce wciąż dramatycznie zaniedbywany, czyli zabezpieczenie i finansowanie transakcji instrumentami bankowymi, które nie tylko minimalizują ryzyko, ale też budują zaufanie między kontrahentami.
Ekspansja to nie jest wydarzenie. To proces, który w ITRO Export Solutions ujęliśmy w rygorystyczny 12-krokowy model. Wyjazd na targi to na tej mapie drogowej dopiero krok jedenasty!
Rozbijanie szklanego sufitu – przypadek Torpolu
Aby nie teoretyzować, przyjrzyjmy się twardym realiom na przykładzie firmy Torpol. To dojrzały gracz produkcyjny działający od 35 lat na rynku. Firma wytwarza z pozoru prosty produkt – worki papierowe, obsługując gigantów branży mleczarskiej takich jak Mlekpol, Mlekovita czy Polmlek.
Kilka lat temu wspomniana organizacja zderzyła się ze ścianą. Opanowali blisko 80 procent krajowego rynku. Dalszy wzrost organiczny w Polsce był w zasadzie niemożliwy. Jak mówi Monika Lipska, która z ramienia firmy koordynowała cały proces, Torpol znalazł się w złotej klatce. Byli stosunkowo małym podmiotem uwięzionym między wielkimi korporacjami dostarczającymi surowiec, a potężnymi przedsiębiorcami po stronie odbiorców. Z biznesowego punktu widzenia to śmiertelnie niebezpieczna pozycja negocjacyjna.
Zarząd podjął więc strategiczną decyzję o dywersyfikacji przez eksport. I zaczęły się schody, bo rynek zagraniczny natychmiast powiedział „sprawdzam”. Inne specyfikacje techniczne, odmienne wymogi jakościowe, wyśrubowane certyfikaty bezpieczeństwa żywności – to wszystko wymusiło na firmie głęboką transformację, łącznie z budową nowej fabryki.
Kiedy etykieta „Made in Poland” ciąży
Samo dostosowanie produktu to jednak dopiero połowa sukcesu. Prawdziwa walka toczy się w głowach odbiorców. W Torpolu zrozumieli, że nie mogą wyjść na rynek jako „kolejna tania szwalnia worków ze wschodu”. Firma podjęła odważną decyzję o całkowitym rebrandingu. Zapytaliśmy ich: z kim chcecie konkurować? Wskazali Mondi – globalnego lidera w swojej branży. I taki standard musieliśmy wspólnie wypracować.
Nie wszędzie jednak dobra marka i jakość otwierają drzwi z marszu. Polska metka – wbrew temu, co lubimy o sobie myśleć – bywa za granicą obciążeniem. Decydenci Torpolu często opowiadają historię z rynku czeskiego. Kiedy zatrudniony tam lokalny handlowiec próbował wejść do największych czeskich mleczarni, odbijał się od muru. Klienci mieli złe doświadczenia i otwarcie deklarowali, że nie chcą opakowań z Polski. Handlowiec zaproponował ryzykowny układ – przy pierwszej sprzedaży po prostu zataił polskie pochodzenie produktu. Obiecał klientowi najwyższą jakość, nie wspominając o fabryce. Po dwóch bezbłędnych dostawach, gdy czeski kontrahent przyznał, że to najlepsze opakowania, z jakimi pracował, karty wyłożono na stół. Jakość wygrała z uprzedzeniami. Dziś Torpol obsługuje 90 procent czeskich mleczarni.
Maraton, na który musisz się przygotować
Zarządy często widzą tylko wierzchołek góry lodowej – moment podpisania lukratywnego kontraktu. Nie zauważają dwóch, czasami trzech lat mrówczej pracy, setek odbytych spotkań, dziesiątek odrzuceń i bolesnych dostosowań linii produkcyjnych. Najdłuższy proces handlowy, jaki w Itro Export Solutions prowadziliśmy dla klienta, zajął ponad trzy lata. Uczciwie uprzedzam przedsiębiorców – nie spodziewajcie się rewolucji w Excelu wcześniej niż po 6-12 miesiącach konsekwentnego pukania do zagranicznych drzwi.
Czy ta droga się opłaca? Wróćmy do naszego case study. Po pięciu latach metodycznej, strategicznej pracy Torpol zwiększył swoją całkowitą sprzedaż o 60 procent. Udział eksportu w przychodach skoczył z poziomu 6-7 procent do imponujących 25 procent, a sam wolumen sprzedaży zagranicznej wzrósł o 58 procent.
To twardy dowód na to, że eksport to nie jest kwestia techniki sprzedaży czy szczęścia na targach w Dubaju. To decyzja o fundamentalnej transformacji przedsiębiorstwa. Przestańmy pytać, „jak sprzedać nasz towar za granicą”. Zacznijmy pytać: „co musimy zmienić w naszej firmie, aby zbudować trwałą pozycję na nowym rynku”. Bo udana ekspansja zagraniczna, Drodzy Państwo, zaczyna się zawsze w jednym miejscu. W głowach zarządu.



