Szukaj

Zaloguj

Zaloguj się

Jesteś nowym klientem?

Zarejestruj się

Szukaj

Zaloguj

Zaloguj się

Jesteś nowym klientem?

Zarejestruj się
Strona Główna/Artykuły/Dlaczego rozejm na linii USA-Iran to dla biznesu dopiero początek problemów?

AKTUALNOŚCI

Dlaczego rozejm na linii USA-Iran to dla biznesu dopiero początek problemów?

Giełdy z ulgą odetchnęły po ogłoszeniu czerwcowego porozumienia między Waszyngtonem a Teheranem, ale w gospodarce nie ma miejsca na przedwczesne świętowanie. Fizyczne otwarcie szlaków handlowych zajmie miesiące, opóźniona fala inflacji uderzy w bilanse firm dopiero pod koniec roku, a Europa zapłaci za ten konflikt znacznie wyższą cenę niż Stany Zjednoczone.


Data publikacji: 22.06.2026

Data aktualizacji: 22.06.2026

Podziel się:

Kontenerowiec na pełnym morzu o zachodzie słońca. Ilustruje to wyzwania związane z przywróceniem globalnych łańcuchów dostaw po rozejmie na linii USA-Iran.
Globalne łańcuchy dostaw i gospodarka stoją przed nowymi wyzwaniami pomimo geopolitycznego rozejmu. Źródło: Magnific Premium
Spis treści:

Złudzenie natychmiastowego resetu

Giełdowe parkiety wystrzeliły korki od szampana, kiedy tylko Waszyngton i Teheran ogłosiły wyczekiwany rozejm, ale w gabinetach dyrektorów operacyjnych czy na salach zarządów nastroje powinny pozostać znacznie chłodniejsze. I z merytorycznego punktu widzenia są ku temu powody. To, co inwestorzy finansowi z zapałem zinterpretowali jako magiczne rozwiązanie, dla realnej gospodarki oznacza dopiero początek mozolnego i niezwykle kosztownego wybudzania się z geopolitycznego letargu. Porozumienie amerykańsko-irańskie oraz 60-dniowe zawieszenie broni to bezsprzecznie punkt zwrotny, ale są to zaledwie kruche ramy deeskalacji, a nie ostateczne rozstrzygnięcie i zaprowadzenie trwałego pokoju.

Z punktu widzenia globalnych łańcuchów dostaw fizyczne otwarcie kluczowych szlaków handlowych to operacja rozpisana na długie miesiące. Wyobraźmy sobie samo fizyczne oczyszczenie infrastruktury – rozminowywanie Cieśniny Ormuz to skomplikowany proces, który pochłonie sporo czasu. Jednak wyłowienie min z wody to zaledwie połowa sukcesu. Przemysł morski opiera się na twardych kalkulacjach ryzyka, dlatego ruch handlowy powróci na te wody dokładnie w takim tempie, na jakie pozwoli odbudowane zaufanie armatorów. Kto zaryzykuje ładunek i załogę bez żelaznych gwarancji bezpieczeństwa? Historia biznesu zna już podobne scenariusze: precedens z 1988 roku, po zakończeniu konfliktu irańsko-irackiego, dowodzi, że nawet przy bezpośredniej eskorcie marynarki wojennej USA powrót do normalnych warunków żeglugowych zajął branży ponad trzy miesiące.

Co to dokładnie oznacza dla firm uzależnionych od terminowych dostaw i stabilnych cen surowców? Prognozy są bezlitosne i wymagają zrewidowania optymistycznych budżetów na drugą połowę roku. W scenariuszu bazowym zaledwie 65% zakłóconych dostaw – które wycenia się na potężną wyrwę rzędu 4-5 milionów baryłek dziennie – zostanie przywróconych w ciągu najbliższych trzech miesięcy. Po czterech miesiącach wskaźnik ten może dobić do 80%, a pełnej normalizacji przepustowości korytarza możemy spodziewać się najwcześniej pod koniec bieżącego roku.

Co więcej, otwierany korytarz będzie funkcjonował w reżimie kontrolowanej, a nie swobodnej żeglugi. Dla każdego przedsiębiorcy wniosek z tych danych jest brutalnie prosty: operujemy na tykającej bombie zegarowej. Jakikolwiek błąd czy potknięcie w toczących się negocjacjach nuklearnych albo najmniejsze odstępstwo od zawieszenia broni w Libanie sprawi, że cały logistyczny licznik zacznie bić od nowa. Rynki mogą już konsumować „premię pokoju”, ale gospodarka za tę wojnę wciąż płaci twardą walutą.


Przemysł morski opiera się na twardych kalkulacjach ryzyka, dlatego ruch handlowy powróci na te wody dokładnie w takim tempie, na jakie pozwoli odbudowane zaufanie armatorów. Kto zaryzykuje ładunek i załogę bez żelaznych gwarancji bezpieczeństwa?


Widmo opóźnionej inflacji i pułapka na bankierów centralnych

Na monitorach giełdowych traderów wszystko wygląda zachęcająco: ceny energii wreszcie spadają, a wyceny ropy zaczynają przypominać łagodne stoki, co daje inwestorom fałszywe poczucie bezpieczeństwa. Według rynkowych szacunków cena baryłki Brent ustabilizuje się na poziomie około 80 dolarów w trzecim kwartale, a w czwartym zjedzie do 75 dolarów. Co więcej, do końca 2027 roku możemy zobaczyć nawet 67 dolarów za baryłkę. Skoro ropa tanieje, to walka z inflacją jest wygrana, prawda? Nic bardziej mylnego. Dla dyrektorów finansowych i prezesów firm to moment, w którym muszą spojrzeć prawdzie w oczy i zrewidować huraoptymizm swoich działów analitycznych. Rynki, które już dziś przedwcześnie wyceniają szeroką dezinflację, wyprzedzają twarde dane makroekonomiczne o co najmniej dwa kwartały.

Fale uderzeniowe wcześniejszych, drastycznych wzrostów cen energii wcale nie wyparowały. One wciąż krążą w krwiobiegu gospodarki, bezlitośnie i z opóźnieniem odbijając się na funkcjonowaniu łańcuchów dostaw, rosnących rachunkach za media oraz kosztach wynajmu. Z punktu widzenia biznesu szczyt inflacyjny dopiero przed nami, a jego uderzenie nastąpi w najmniej oczekiwanym momencie. W Stanach Zjednoczonych ogólny wskaźnik CPI wyniesie w 2026 roku średnio 3,3%, a inflacja bazowa osiągnie swój pik na poziomie 3,1% dopiero w czwartym kwartale. W Europie sytuacja wygląda dla przedsiębiorców równie ponuro – w strefie euro inflacja dobije do szczytowego poziomu około 3,4% także w czwartym kwartale, by w całym 2026 roku utrzymać średnią na poziomie 3,1%. Gdzie w tym wszystkim jest konsument, od którego portfela zależą przychody Waszych firm? Niestety, pozostaje w głębokiej defensywie, a wyczekiwany przez detalistów wzrost płac realnych wyjdzie na plus najwcześniej w pierwszym kwartale 2027 roku.

To brutalne zderzenie rynkowych oczekiwań z opóźnioną inflacją zastawia potężną, systemową pułapkę na banki centralne. Dla decydentów odpowiedzialnych za stopy procentowe, ryzyko popełnienia historycznego błędu w polityce pieniężnej jest obecnie najwyższe od 2022 roku. Główny problem polega na tym, że władze monetarne w amerykańskim Fed, jak i w Europejskim Banku Centralnym patrzą we wsteczne lusterko – wpadły w pułapkę spójności czasowej. Ich całkowite uzależnienie od danych retrospektywnych, pochodzących z przeszłości, będzie formalnie uzasadniać dalsze zacieśnianie polityki pieniężnej aż do czwartego kwartału, nawet jeśli realna presja inflacyjna zacznie już wtedy w gospodarce zauważalnie słabnąć.

Dla biznesu walczącego o utrzymanie płynności i planującego obsługę długu wniosek jest niezwykle kategoryczny: koszty pieniądza nie spadną tak szybko, jak obiecywały nagłówki gazet. Należy przygotować się na jeszcze jedną podwyżkę stóp procentowych w drugiej połowie roku. Fed uderzy prawdopodobnie we wrześniu, gdy inflacja bazowa przekroczy próg 3%, a EBC podejmie analogiczną decyzję przed końcem roku. Na pierwsze obniżki stóp – i faktyczną ulgę w kosztach finansowania firmowych inwestycji – poczekamy aż do drugiej połowy 2027 roku, na co otworzy drogę dopiero trwała dezinflacja. Nadmierne schłodzenie i tak już niezwykle kruchych fundamentów gospodarczych dla gospodarstw domowych oraz przedsiębiorstw to dziś realny, choć wciąż niedoceniany scenariusz. Pytanie, które każdy członek zarządu powinien sobie dziś zadać, brzmi: czy nasze modele ryzyka są gotowe na takie instytucjonalne przedobrzenie i zacieśnianie pasa ze strony bankierów centralnych?


Fale uderzeniowe wcześniejszych, drastycznych wzrostów cen energii wcale nie wyparowały. One wciąż krążą w krwiobiegu gospodarki, bezlitośnie i z opóźnieniem odbijając się na funkcjonowaniu łańcuchów dostaw, rosnących rachunkach za media oraz kosztach wynajmu.


Anatomia marży, czyli kto naprawdę dzierży władzę nad ceną?

Zejdźmy z poziomu makroekonomicznych wskaźników prosto do firmowych arkuszy kalkulacyjnych. Spadek cen energii na globalnych rynkach przynosi oczywiście długo wyczekiwaną ulgę, zmniejszając potężną presję, która przez ostatnie miesiące dewastowała bilanse przedsiębiorstw. Najszybciej ten oddech łapią sektory, które przyjęły na siebie pierwsze uderzenie szoku – transport i petrochemia. Trudno się dziwić, skoro w tych branżach paliwo pożera od 25 do nawet 40 procent całkowitych kosztów operacyjnych. Czy to jednak oznacza, że możemy powoli księgować wyższe zyski netto? Absolutnie nie. Ta chwilowa ulga skrywa potężną pułapkę. O ile bowiem koszty surowców i nakładów faktycznie spadają, o tyle wydatki na wynagrodzenia pozostaną na niekomfortowo wysokim poziomie aż do 2027 roku. Co gorsza, firmowe poduszki finansowe stają się coraz cieńsze – łączna płynność spółek notowanych na giełdzie zmalała już o 3 procent, spadając do poziomu 36,7 biliona euro. Gotówka topnieje, a presja płacowa nie odpuszcza.

W tych brutalnych warunkach na rynku rysuje się ostra, bezlitosna linia podziału, która oddziela organizacje mające sytuację pod kontrolą od tych, które jedynie biernie dryfują za rynkowymi trendami. Walutą przetrwania w nadchodzących kwartałach staje się „pricing power”, czyli realna zdolność do kształtowania cen. Kto wyjdzie z tego starcia obronną ręką? Firmy, które potrafią bezwzględnie przerzucić ciężar na klienta. Linie lotnicze stosujące dopłaty paliwowe, producenci nawozów czy giganci farmaceutyczni sprzedający markowe leki są w stanie skutecznie utrzymać swoje ceny. Na przeciwległym, znacznie mroczniejszym biegunie lądują producenci sprzętu komputerowego, koncerny motoryzacyjne (OEM) oraz wytwórcy leków generycznych. Te biznesy praktycznie nie dysponują siłą cenową, przez co w najmniejszym stopniu zdołają przełożyć tańszą energię na poprawę swoich marż.

Nawet jeśli Twój biznes znajduje się w tej uprzywilejowanej grupie dyktującej ceny, to na końcu tej układanki czeka na Ciebie wyczerpany konsument. Kalkulacja marży jest znacznie bardziej skomplikowana, niż sugerowałyby to same notowania ropy. Ulga po stronie kosztów zderza się z potężnym murem po stronie przychodów, ponieważ realna siła nabywcza gospodarstw domowych może pozostać ograniczona przez większą część 2026 roku. Konsumenci w panice okopali się na pozycjach defensywnych: stopy oszczędności nieznacznie drgnęły w górę, w Stanach Zjednoczonych marginalnie rośnie liczba zaległości w spłatach kart kredytowych, a zaufanie europejskiego konsumenta do dziś nie wróciło do poziomu sprzed wybuchu wojny. Dla dyrektorów sprzedaży oznacza to bolesną lekcję – to ograniczenie portfeli konsumentów stanowi bezpośredni hamulec dla wzrostu wolumenów sprzedaży, nawet w tych branżach, które formalnie mogłyby sobie pozwolić na dyktowanie wyższych cen. Szczyt inflacji konsumenckiej w czwartym kwartale 2026 roku będzie punktem zwrotnym, a nie natychmiastowym wybawieniem dla struktury kosztów operacyjnych Twojej firmy.

Czy zatem jesteście gotowi na to, że ewentualne załamanie zawieszenia broni i ponowny wzrost kosztów uderzy w całkowicie wysuszoną z rezerw bazę konsumentów, doprowadzając do błyskawicznego spadku Waszych przychodów?

Zderzenie z amerykańską maszyną gospodarczą

Gdy patrzymy na mapę globalnego biznesu przez pryzmat ostatnich zawirowań, widać wyraźnie, że wstrząs geopolityczny uderza bezlitośnie w każdy bilans, ale to my – na Starym Kontynencie – zapłacimy z własnej kieszeni zdecydowanie najwyższy rachunek. Dla przedsiębiorców i członków zarządów operujących na europejskim rynku to moment brutalnego przebudzenia. Złudzenie, że wszyscy jedziemy na tym samym globalnym wózku, właśnie pęka.

Stany Zjednoczone potrafią amortyzować ten cios z wyjątkową gracją, w pełni wykorzystując swoje potężne przewagi strukturalne. Podczas gdy my gorączkowo liczymy koszty surowców, Amerykanie – jako eksporter netto energii – czerpią wymierne, twarde korzyści z poprawy warunków handlu. Do ich budżetu płyną szerszym strumieniem wyższe wpływy, a tamtejsze firmy energetyczne liczą zyski z rosnących przychodów z wydobycia. Jakby tego było mało, waszyngtońska administracja uruchamia ulgi podatkowe, które skutecznie łagodzą skutki inflacji dla gospodarstw domowych, a potężne inwestycje napędzane rewolucją sztucznej inteligencji podtrzymują nakłady kapitałowe amerykańskich przedsiębiorstw na imponującym poziomie.

A Europa? Stary Kontynent po prostu nie ma takich czynników równoważących. Nie posiadamy technologicznych gigantów o wielkiej kapitalizacji, którzy mogliby zrównoważyć to gospodarcze hamowanie inwestycyjnym boomem wokół AI, tak jak robią to Stany Zjednoczone czy rynki azjatyckie. W zderzeniu z kryzysem jesteśmy osamotnieni, a publiczna kroplówka ledwie kapie. Od początku roku rządy w całej strefie euro wysupłały zaledwie 12 miliardów euro na amortyzowanie potężnego wstrząsu wywołanego kosztami energii. Drodzy Państwo, to jest mikroskopijne 0,1 procenta unijnego PKB.

Efekty tego zaniechania już widać w twardych danych makroekonomicznych, które powinny wywołać alarm na posiedzeniach Państwa zarządów. Szok energetyczny uderzył w nasz przemysł nieproporcjonalnie mocno, dewastując marże i podbijając koszty produkcji. Złożony wskaźnik PMI dla strefy euro zjechał w maju do poziomu 47,5, a we Francji sytuacja wygląda wręcz dramatycznie – tamtejszy indeks runął do 43,5, uderzając w dno niewidziane od listopada 2020 roku. Na tej gospodarczej pustyni jedynym, częściowym wyjątkiem i ogólnounijną kotwicą popytu pozostają dziś Niemcy, gdzie krótkoterminowe wsparcie zapewniają państwowe bodźce pompowane w obronność i infrastrukturę.

Dla Państwa, jako przedsiębiorców walczących o utrzymanie wolumenów sprzedaży, najgorsze informacje płyną jednak prosto z portfeli zwykłych ludzi. Europejskie gospodarstwa domowe zderzyły się z o wiele ostrzejszym i – co gorsza – bardziej długotrwałym spadkiem siły nabywczej niż amerykańscy konsumenci. Po pierwsze, nasze rachunki za energię odgryzają nieporównywalnie większy kawałek z tortu dochodu rozporządzalnego. Po drugie, europejskiego konsumenta dusi potężna ekspozycja na kredyty hipoteczne o zmiennym oprocentowaniu – to balast wyjątkowo ciężki na rynkach takich jak Wielka Brytania i Holandia, ale przecież doskonale znany nam wszystkim z polskiego podwórka.

Wnioski biznesowe z tej dysproporcji są bezlitosne. Realna siła nabywcza Państwa klientów pozostanie mocno ograniczona przez większą część 2026 roku, a przestrzeń fiskalna państw na kolejne pakiety ratunkowe została już dawno wyczerpana. Zaufanie europejskiego konsumenta nadal nie podniosło się z kolan i nie powróciło do poziomów sprzed wybuchu wojny. Operujecie Państwo na rynku o miękkich nogach, znacznie bardziej otwartym handlowo i o wyższej energochłonności niż rynek amerykański, co czyni Wasze biznesy wyjątkowo podatnymi na zranienie. Ignorowanie tej geopolitycznej przepaści w planowaniu strategii sprzedażowych to dziś najszybsza droga do utraty płynności.

Jakie kroki zamierzają Państwo podjąć, aby zabezpieczyć swoje łańcuchy dostaw i zdywersyfikować rynki zbytu w obliczu tak drastycznych dysproporcji między Europą a resztą świata?


Stany Zjednoczone potrafią amortyzować ten cios z wyjątkową gracją, w pełni wykorzystując swoje potężne przewagi strukturalne. Podczas gdy my gorączkowo liczymy koszty surowców, Amerykanie – jako eksporter netto energii – czerpią wymierne, twarde korzyści z poprawy warunków handlu.


Spacer po giełdowym polu minowym

Gdyby spróbować zdiagnozować nastroje rynków kapitałowych w oparciu o suche wykresy z ostatnich miesięcy, można by odnieść wrażenie, że globalny konflikt był jedynie drobnym nieporozumieniem. Z perspektywy dyrektorów inwestycyjnych i szefów strategii, Wall Street i europejskie parkiety zachowały się wręcz zuchwale. Giełda od samego początku konfliktu odmawiała wycenienia go w kategoriach wstrząsu systemowego. Zamiast nerwowej wyprzedaży i krachów, obserwowaliśmy zadziwiającą ignorancję wobec geopolitycznego ryzyka. Liczby mówią same za siebie: od początku wojny z Iranem amerykański indeks MSCI US wypracował około 8 procent wzrostu. Rynki wschodzące zgrupowane w MSCI EM dołożyły do tego 6,5 procent, a nawet wlokąca się w inwestycyjnym ogonie Europa zdołała wyciągnąć wynik rzędu 5 procent na plusie od początku roku.

Co to oznacza dla Państwa – osób decyzyjnych, planujących kolejne rundy finansowania czy debiuty na giełdzie? Zła wiadomość brzmi: zysk z zawarcia pokoju został już z wyprzedzeniem skonsumowany przez spekulantów. Historyczne wyceny aktywów osiągnęły właśnie zawrotny, 85. percentyl, podczas gdy wskaźniki wzrostu zysków wywindowano do 92. percentyla, analizując perspektywę ostatnich dwóch dekad dla rynków rozwiniętych. Mówiąc językiem biznesu: jesteśmy na absolutnym szczycie i w tym powietrzu brakuje już tlenu do dalszych wzrostów.

Ten hurraoptymizm rodzi fundamentalną i niezwykle niebezpieczną asymetrię ryzyka. Jeśli porozumienie pokojowe zostanie w pełni wdrożone, potencjał do dalszych, pozytywnych zwyżek na rynkach jest dziś mikroskopijny, ponieważ wszystko zostało już uwzględnione w cenach. Jeśli jednak na horyzoncie pojawią się złe wieści, otwiera się przed nami gigantyczna przestrzeń do bolesnych spadków. Analitycy nie mają złudzeń, że ewentualne rozczarowanie z łatwością zepchnie wyceny akcji w dół o 5 do nawet 10 procent, uderzając w rynki jeszcze w okresie letnim. Nie będzie to przy tym powolne, łagodne zsuwanie się kursów, lecz odwrócenie trendu o charakterze błyskawicznym, wysoce skorelowanym i całkowicie chaotycznym.

Jeśli szukają Państwo w tym środowisku jakiejkolwiek bezpiecznej oazy, warto spojrzeć na rynki prywatne. Tamtejszy kapitał rządzi się twardszymi prawami, a deeskalacja konfliktu przełoży się na realny powrót aktywności biznesowej. Zamiast pustego pompowania wycen, spadek rynkowej zmienności otwiera wreszcie drzwi dla funduszy private equity – oznacza to dla nich znacznie łatwiejsze refinansowanie i odblokowanie strategicznych wyjść z inwestycji, które w ostatnich miesiącach tkwiły w martwym

 

Opracowano na podstawie analizy Allianz Trade

Zobacz również

Dwoje uśmiechniętych analityków finansowych rozmawia w nowoczesnym biurze na tle ekranów z wykresami giełdowymi. Ilustruje to rosnące zainteresowanie polskich inwestorów rynkiem akcji i nowymi technologiami.
Przeczytaj