Szukaj

Zaloguj

Zaloguj się

Jesteś nowym klientem?

Zarejestruj się

Szukaj

Zaloguj

Zaloguj się

Jesteś nowym klientem?

Zarejestruj się
Strona Główna/Artykuły/Podatek cyfrowy - trzy procent, które ma zmienić układ sił na cyfrowym rynku

GOSPODARKA I FINANSE

Podatek cyfrowy - trzy procent, które ma zmienić układ sił na cyfrowym rynku

Płacisz w Polsce uczciwy CIT, odprowadzasz składki za pracowników, pompujesz kapitał w rozwój biznesu, a na koniec dnia i tak musisz konkurować z globalną platformą, która miliardowe zyski transferuje daleko poza granice naszego kraju. Dla wielu polskich przedsiębiorców ten nierówny wyścig to biznesowa codzienność. Wygląda jednak na to, że Ministerstwo Cyfryzacji postanowiło powiedzieć „sprawdzam”. Na stronach Rządowego Centrum Legislacji wylądował projekt ustawy o tak zwanym podatku rekompensującym. Cel jest jasny: zmusić technologicznych gigantów do zrzucenia się na polski budżet.


Data publikacji: 05.08.2026

Data aktualizacji: 05.08.2026

Podziel się:

Osoba korzystająca z kalkulatora i przeglądająca dokumenty finansowe przy biurku. Ilustruje to nowe obciążenia finansowe i analizy kosztów związane z planowanym podatkiem cyfrowym dla gigantów technologicznych.
Nowy podatek cyfrowy ma wyrównać szanse na rynku i zmusić globalne platformy do płacenia w Polsce. Źródło: Magnific Premium
Spis treści:

1. Trzy procent dla świętego spokoju

2. Kto wpadnie w sieć fiskusa?

3. Kij i marchewka, czyli inwestuj albo płać

Czy to ostateczny cios w optymalizacje podatkowe Big Techów, czy raczej kolejny koszt, który ostatecznie i tak zostanie przerzucony na faktury lokalnych przedsiębiorców?

Trzy procent dla świętego spokoju

Zasady gry, które proponuje resort cyfryzacji, mają wejść w życie 1 stycznia 2027 roku. Sama konstrukcja daniny opiera się na 3-procentowej stawce od przychodów osiąganych na naszym rynku. Wicepremier i minister cyfryzacji Krzysztof Gawkowski podczas prezentacji projektu nazwał tę stawkę „elementem kompromisu”, który ma dawać poczucie bezpieczeństwa. I rzeczywiście, na tle radykalnych pomysłów pojawiających się w innych europejskich stolicach, trzy procent nie brzmi jak konfiskata majątku. Jednak w skali obrotów największych graczy mówimy o gigantycznych kwotach.

Rząd spodziewa się, że nowa danina w ciągu najbliższej dekady wtłoczy do państwowej kasy niemal 31,7 miliarda złotych. Pytanie brzmi: czy globalne korporacje potulnie przeleją te środki, czy po prostu podniosą prowizje dla polskich sprzedawców i ceny za kliknięcie w reklamę?


Zasady gry, które proponuje resort cyfryzacji, mają wejść w życie 1 stycznia 2027 roku. Sama konstrukcja daniny opiera się na 3-procentowej stawce od przychodów osiąganych na naszym rynku.


Kto wpadnie w sieć fiskusa?

Twórcy ustawy bardzo precyzyjnie wykalibrowali celownik, by przypadkiem nie trafić w rosnące rodzime biznesy. Aby w ogóle zakwalifikować się do zapłacenia nowego podatku, firma lub skonsolidowana grupa musi spełnić dwa warunki brzegowe jednocześnie. Po pierwsze, jej globalne przychody muszą przekraczać miliard euro. Po drugie, przychody z usług objętych ustawą, wygenerowane stricte w Polsce, muszą przekroczyć 25 milionów złotych w poprzednim okresie rozliczeniowym. Rezydencja podatkowa czy fizyczna siedziba zarządu nie mają tu najmniejszego znaczenia.

Na celowniku znalazły się przede wszystkim trzy modele biznesowe. Pierwszy to giganci żyjący z serwowania nam reklam ukierunkowanych, czyli tych idealnie skrojonych pod nasz profil na podstawie zebranych danych. Drugi to potężne platformy społecznościowe oraz tzw. marketplace’y – internetowe targowiska, które ułatwiają interakcje i handel, pobierając za to solidne prowizje. Trzecią grupą są korporacje, które wprost zarabiają na handlu danymi o użytkownikach.

Warto jednak odnotować, kto na tym celowniku się nie znalazł. Projekt zwalnia z daniny platformy streamingowe, dostawców komunikatorów internetowych oraz usługi płatnicze. Co ważne dla branży e-commerce, wyłączono również klasyczną sprzedaż internetową, w której właściciel sklepu sprzedaje własny towar i nie występuje w roli pośrednika.

Kij i marchewka, czyli inwestuj albo płać

Najciekawszy biznesowo element tego projektu kryje się jednak w mechanizmie odliczeń. Konstrukcja podatku sugeruje, że rządowi wcale nie zależy wyłącznie na tym, by Big Techy przelały 3 procent przychodów na rachunek urzędu skarbowego. Ustawa została wręcz zaprojektowana jako narzędzie szantażu inwestycyjnego – w tym pozytywnym, gospodarczym sensie.

Należny podatek cyfrowy będzie można pomniejszyć. I to znacząco. Odliczamy od niego kwotę zapłaconego w Polsce klasycznego podatku CIT. Odliczamy koszty poniesione na lokalną działalność badawczo-rozwojową. Wreszcie – odliczamy wydatki na nabycie, wytworzenie lub ulepszenie środków trwałych nad Wisłą. Jeśli suma tych odliczeń przekroczy wartość podatku, danina ulega wyzerowaniu.

To sprytny ruch. Ministerstwo mówi wprost: nie musicie płacić kary za dominację, jeśli tylko zostawicie ten kapitał w polskiej gospodarce. Zatrudnijcie naszych inżynierów, postawcie tu centra danych, zacznijcie uczciwie rozliczać tu CIT – a wtedy podatek cyfrowy was nie dotknie.

Źródło: PAP, opracowanie własne

Zobacz również

Osoba korzystająca z kalkulatora i przeglądająca dokumenty finansowe, co symbolizuje rozliczenia podatkowe. Nowe przepisy mogą obciążyć przedsiębiorców cudzym VAT-em.
Przeczytaj